La Mer
Drugi miesiąc zesłania w ciszę i smutek przywitał mnie korkami w drodze z lotniska w Pyrzowicach. Tego typu epizody mienią się w moich oczach jako wyspy na morzu nudy i zwątpienia. Ostatnio to jedyna znana mi odskocznia od codziennego siedzenia w skórzanym fotelu chińskiej produkcji, patrzenia w stronę gór i obserwowania na ich tle zmian pogody (dzisiaj słońce cztery razy, deszcz razy sześć). Czasem machinalnie, w duchu wygasłych zainteresowań wyślę jakieś CV do kolejnej, pełnej mądrych ludzi (z t-shirtami włożonymi do spodni), nowych technologii i pakietów socjalnych/relokacyjnych firmy (po ostatniej zostało mi trochę punktów na karcie miles & more i pikujące w dół fundusze). Chciałbym, żeby to wszystko było prostsze i bardziej “celowe”, żeby dookoła mnie unosiły się słowa, które mógłbym nanizać na pióro w zmyślonej kolejności, zamiast zmagać się ze spokojem. NowoHutowość, jak sam zaraportował, pływa pijany po adriatyku; podobno ta dookolna bezkresność i brak możliwości to meritum tego całego żeglowania. Do mnie to jakoś nie trafia, mam to na co dzień. Czasem tylko na koniec dnia napiszę parę słów do Mileny jak kapitan w dzienniku pokładowym, jak Kafka Franz, syn Hermanna, po czym nad ranem w pół świcie, wśród wiosennego śpiewu ptaków usypiam wykończony tą całą błogością.